Mój pierwszy raz z doktorem Kubą

Spontaniczny wyjazd z doktorem Czerniakiem (UMCS), dwa lata po studiach i 1500km od uczelni. Dziwne jak najmniej spodziewane rzeczy zdarzają się w naszym życiu jeżeli tylko się na nie otworzymy.

Tak się składa, że na tamten moment mieszkałem w północnych Włoszech (Granica Toskanii i Ligurii) i umówiliśmy się na weekendowy wypad. Tutaj przewija się mało istotna część ustalania terminów i podśmiewania się ze studentów, którzy jeszcze walczyli z sesją (No w sumie to tylko ja się z nich śmiałem, bo Kuba też walczył z sesją). Ostatecznie jednak wszystko dopięliśmy i zobaczyliśmy się na początku lipca. Już wciągu pierwszych paru godzin od jego lądowania, mieliśmy swój pierwszy raz. To znaczy ja miałem. Mimo całego swojego doświadczenia i obozowania w najdziwniejszych miejscach, nigdy wcześniej nie spałem na plaży pod chmurką.

Kuba miał przylecieć do Pizy, a czekając na niego po raz ostatni widziałem się z dziewczyną, o której pisałem wcześniej. Odebrałem go dość późno w nocy i gdy tylko dotarliśmy na plażę w Lerici, rozłożyliśmy się z karimatą i odrobiną czerwonego południowego wina. Zupełnie jak za starych, dobrych, studenckich czasów, mogliśmy sobie pozwolić na rozmowy o życiu, kobietach, podróżach i planach.

P_20170708_083536_HDR.jpg

Następnego dnia miałem swój kolejny pierwszy raz, a to był dopiero początek. Nigdy wcześniej nie miałem okazji z rana pływać w morzu, a popołudniu wspinać się w górach. To właśnie tam mieliśmy okazję do jakże majestatycznego zdjęcia w słowiańskim przykucu.

Reszta wyjazdu upływała bez niesamowitych przygód, ale wciąż ciekawie i cały czas aktywnie. Zwiedzanie gór, spanie na dziko, pływanie przed śniadaniem w idealnie błękitnej wodzie pięciu ziem (5 terre). To była chyba druga z pięciu miast/ziem, które zwiedzaliśmy kiedy postanowiliśmy coś zjeść. Standardowo usiedliśmy w ogródku piwnym jednego z nabrzeżnych barów i zamówiliśmy pizzę. Tak się złożyło, że obok nas siedział dość towarzyski Włoch. Angielski nie jest popularnym językiem w tych rejonach. Oczywiście w miastach studenckich lub bardzo turystycznych nie jest tak ciężko o kogoś z jego znajomością, ale większość społeczności trzyma się swojego języka, ew. zna francuski czy hiszpański. Tak więc ten towarzyski starszy Włoch stwierdził, że fajnie będzie z nami pogadać po włosku. Na tamtą chwilę byłem we Włoszech już parę miesięcy i jakieś podstawy ogarnąłem. Wszystko byłoby dobrze, gdyby rozmowa tak szybko się nie rozwinęła.

– Skąd jesteście? – Zagadnął najpierw niewinnie.

– Z Polski. Zakładam, że Ty jesteś z Włoch? – Zagranicą oduczyłem się mówić do ludzi na Pan i to wcale nie musi być niekulturalne.

– Zimno tam chyba macie, co?

– Chłodniej niż tu, ale nie jest tak źle.

– Aha, a jak tam gospodarka? Chyba dobrze rośnie, prawda? – Tu już zaczynałem nabierać obaw, że rozmowa idzie w złą stronę.

– No nie wiem, odcinam się od ekonomii i polityki jak mogę. – Myślałem, że to załatwi sprawę.

– No dobra, to powiedz mi chociaż jakie są główne czynniki wzrostu gospodarczego w Polsce? – Tutaj to już poleciał całkiem. Najpierw patrzyłem na niego chwilę zmieszany po czym przeniosłem wzrok na siedzącego obok nauczyciela makroekonomii.

– Kuba to chyba pytanie do Ciebie…

Ot interesujący zbieg okoliczności. Międzynarodowy kolumbijski polityk pochodzenia włoskiego i doktor ekonomii, a pośrodku ja jako tłumacz z moim językiem pozwalającym bez zająknięcia zamówić cappuccino.

Choć sytuacja sama w sobie wydaje się oryginalna, jej początek był raczej mało emocjonujący. Każdy kto miał zajęcia z Kubą, wie jak dobrym nauczycielem i człowiekiem jest. Nigdy natomiast nie podejrzewałbym go o taką spontaniczności i młodzieńczą energie. Ot, dobry ojciec i poważny nauczyciel. Nigdy też nie było nam dane nawet jakoś dłużej porozmawiać. Było w tym pewnie sporo mojej winy, a moje luźne podejście do obecności na zajęciach ograniczało kontakty raczej z większością ludzi na uczelni. Zupełnym przypadkiem, jeszcze w czasie studiów dodałem Kubę na Facebooku, a parę pierwszych podróżniczych wpisów z tego bloga, wrzuciłem na swoją tablicę na fb. To właśnie te pierwsze wpisy przyciągnęły jego uwagę i napisał do mnie motywując do dalszego działania. Już nie byłem studentem i parę zdań wystarczyło żeby zmienić naszą relację na bardziej koleżeńską, a stamtąd już było blisko do mojego „Kuba, to wpadaj do mnie na weekend”. Ważne, żeby nie oceniać ludzi z góry i pamiętać, że jeżeli ktoś jest lub kiedyś był naszym autorytetem, nie znaczy, że nie jest też normalnym, pozytywnym człowiekiem.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s